Elżbieta Dmoch

Elżbieta Dmoch (ur. 29 września 1951 w Warszawie) – polska wokalistka i flecistka, była członkini zespołu 2 plus 1.

Była jedną z najjaśniejszych polskich gwiazd lat 70. i 80. Piękna, czarująca, utalentowana, osiągnęła wraz z grupą 2 plus 1 niemal wszystko. Później los wystawił ją na ciężką próbę, po której zupełnie wycofała się z muzyki. Dziś żyje samotnie, skromnie, w zapomnieniu.

Biografia Elżbiety Dmoch to z jednej strony historia wyjątkowa, a z drugiej – opowieść oddająca twarde realia rządzące branżą muzyczną. Można ją sprowadzić do prostej reguły: „Artysta jest tak dobry, jak dobrze sprzedała się jego ostatnia płyta”. Albo rozwinąć w drugiej: „Artysta, który nie nagrywa, nie istnieje”. Brutalne, ale prawdziwe.

W latach 70. i na początku kolejnej dekady piosenki, które nagrała z zespołem 2 plus 1, znali niemal wszyscy – „Chodź, pomaluj mój świat”, „Windą do nieba”, „Czerwone słoneczko”, „Wstawaj, szkoda dnia”, „Hej, dogonię lato” czy „Iść w stronę słońca” to tylko garstka z przebojów, które nie schodziły z czołówek list. Ona sama była ozdobą ówczesnych okładek, programów telewizyjnych i radiowych, błyszczała towarzysko, ale przede wszystkim elektryzowała na scenie.

Elektryzujące było też jej małżeństwo z liderem, kompozytorem i gitarzystą zespołu, Januszem Krukiem. – Byli najpiękniejszą parą lat 70. – wspomina dziennikarka Maria Szabłowska, długoletnia przyjaciółka Elżbiety Dmoch. I rzeczywiście… wystarczy spojrzeć na liczne wspólne fotografie obojga. Uśmiechnięci, szczęśliwi, spełnieni, właściwie żadnych znaków, które mogłyby zdradzać, że nie wszystko w ich życiu było takie kolorowe.

Piękna nieznajoma

Zaczęło się trochę jak w baśni o Kopciuszku, poznającym na balu księcia, czy raczej króla życia, bo tak nazywano towarzysko usposobionego Kruka. Skończyło zdecydowanie mniej bajkowo, choć liczni fani Elżbiety Dmoch i grupy 2 plus 1 nadal wierzą, że ich ulubienica jeszcze na scenę wróci. Niestety, z każdym rokiem ich wiara słabnie. Bo nic przecież takiego obrotu spraw nie zapowiada.

Gdy się poznali, Elżbieta miała zaledwie siedemnaście lat. Była utalentowana artystycznie, od wczesnego dzieciństwa brała lekcje śpiewu i uczęszczała do szkoły muzycznej, a od niedawna występowała z rockową grupą Nieznajomi. – Graliśmy w szkole na Grochowie na studniówce – wspomina Cezary Szlązak, długoletni członek 2 plus 1. – Janusz wypatrzył piękną wysoką dziewczynę, która wystartowała w konkursie piosenki podczas tego wieczoru.

Wtedy, w 1968 roku, nie było jeszcze 2 plus 1 – Janusz Kruk prowadził grupę Warszawskie Kuranty. Znajomi wspominają, że choć starszy o pięć lat artysta był żonaty, miał nawet córkę, natychmiast zakochał się w Eli. Bez problemu i on zawrócił jej w głowie. W konsekwencji porzucił rodzinę i równie szybko zwerbował dziewczynę do swojego zespołu, nie tylko w roli wokalistki, ale i flecistki. Ale to nie Warszawskie Kuranty miały podbić serca publiczności, także tej zagranicznej.

Same plusy

Nowa grupa, nazwana 2 plus 1, powstała w 1971 roku. W jej składzie, oprócz Dmoch i Kruka, znalazł się Andrzej Rybiński, zastąpiony później przez Andrzeja Krzysztofika, a w 1976 roku – Cezarego Szlązaka, który już wcześniej współpracował z formacją, choć nie na prawach oficjalnego członka.

Zespół bardzo szybko zdobył ogromną popularność, a jego piosenki bez przerwy grane były nie tylko w radiu, ale i telewizji. Już w 1971 roku dostał w Opolu nagrodę za utwór „Nie zmogła go kula”. Rok później wylansował swoje pierwsze duże przeboje: „Czerwone słoneczko” i „Chodź, pomaluj mój świat”. Spora w tym zasługa właśnie czaru i wdzięku Elżbiety Dmoch. Od początku budziła wielką sympatię, przyciągała wzrok, ale na szczęście potrafiła też dobrze śpiewać.

Muzyka bez limitu

Grupa wykraczała poza schemat polskiej muzyki rozrywkowej, choć ma dziś pewne miejsce w jej kanonie. Piosenki były pogodne, czasem refleksyjne, na pewno melodyjne i łatwo wpadające w ucho, z dobrymi tekstami, pisanymi przez takich autorów jak Marek Dutkiewicz, Ernest Bryll, Wojciech Młynarski czy Jonasz Kofta. Dwa plus 1 cały czas przy tym było grupą poszukującą. Trio potrafiło wzbogacić swoją muzykę o elementy symfoniczne („Wyspa dzieci”), nagrać ambitną jazzującą suitę poświęconą tragicznie zmarłemu aktorowi Zbigniewowi Cybulskiemu („Aktor”) czy inspirować się kulturą celtycką („Irlandzki tancerz”). Na początku lat 80. Elżbieta i Janusz zaczęli nawet – z powodzeniem – penetrować rejony muzyki new wave i popowo-elektronicznej („Bez limitu”).

Jak podkreśla Maria Szabłowska, Dmoch i Kruk mieli wiele szczęścia, że na siebie trafili. Ona, gdyż jej wybranek był wyjątkowo utalentowanym muzykiem i kompozytorem. A on, gdyż trafił na piękną, zdolną i muzykalną dziewczynę. – Na scenie była żywiołowa, dynamiczna. Świetnie się ubierała, lecz trudno się temu dziwić, skoro stroje szykowała jej Grażyna Hasse.

Zwei Plus Einz, czyli cyferki na eksport

Okres największej świetności zespołu, także za granicą, przypadł na lata 70. i początek 80. Elżbieta była wielką gwiazdą. – Jeśli samolot czekał na nią pół godziny, to chyba trudno nie powiedzieć, że była kochana – podkreśla Cezary Szlązak

Wraz z zespołem występowała i wydawała płyty nie tylko w Polsce. Dwa plus 1 można było zobaczyć m.in. w Berlinie Zachodnim, Związku Radzieckim, na Kubie, w Kandzie i USA. Trio wylansowało za granicą tak znane przeboje jak „Easy Come, Easy Go” i „Singapore”. – Byliśmy pierwszą kapelą, która przetarła szlak na Zachód – wspomina Szlązak. – Oprócz Marka i Vacka mieliśmy jako jedyni własną półkę w sklepach muzycznych. Trzy longplaye i kilkanaście singli oraz składanki, to było ostre wejście na rynek. Graliśmy na balach naszej wytwórni płytowej, tej samej zresztą, w której był Michał Urbaniak. Przed meczem na Stadionie Olimpijskim w Monachium pojawiała się wielka świetlna reklama ,”Zwei Plus Einz”.
Elżbieta przez ten cały czas żyła bardzo intensywnie. Ogromną rolę w tym, że nie przewróciło jej się wtedy w głowie, odegrał menedżer, Janusz Szewczyk. – Janek wszystko załatwiał – mówi Maria Szabłowska. Dzięki temu tak naprawdę nie znała tej drugiej, drapieżnej strony show-biznesu.

Dom wchodzącego gościa

Błyskawiczna kariera nie była jedynym przełomem w życiu Elżbiety. W marcu 1973 roku wzięła z Januszem ślub. Najpierw wynajmowali mieszkania, szybko jednak dorobili się dużego domu przy ul. Zdrojowej na warszawskiej Sadybie. Było to nie tylko wspaniałe miejsce do życia, ale i warsztat pracy, połączony z prywatnym, dobrze wyposażonym studiem.

Dom obojga był wyjątkowo otwarty na gości, bardziej przypominał salon towarzysko-muzyczny, choć niekoniecznie taki, w którym bywały tylko gwiazdy. Zdarzały się wieczory, gdy przyjmowali nawet pięćdziesięciu gości!

Elżbieta, choć rozrywkowy styl życia męża, nazywanego w środowisku muzycznym królem życia, wzięła niejako z nim w pakiecie, z czasem zaczęła odczuwać coraz większe zmęczenie codziennymi imprezami i prywatkami.

Zmęczenie materiału

W drugiej połowie lat 80. popularność 2 plus 1 osłabła, podobnie jak i uczucie łączące Elżbietę z Januszem – wydany w 1989 album „Antidotum” przeszedł bez echa, w przeciwieństwie do mającego miejsce w tym samym czasie rozwodu pary. – Janusz na pewno bardzo ją kochał, dla Elżbiety zostawił żonę i dziecko. Ale w końcu spotkał inną kobietę – tłumaczy Barbara Sawicka, przyjaciółka matki artystki.

Skończyła się miłość, ale nie przyjaźń. Po sprzedaży domu na Sadybie Elżbieta zamieszkała w bloku, a Janusz rozpoczął budowę nowego domu, do którego miał zamiar wprowadzić się ze swoją trzecią żoną. Niestety, artysta miał coraz większe problemy zdrowotne – bardzo poważnie chorował na serce.

Requiem dla siebie samej

Janusz Kruk zmarł nagle, na zawał, 18 czerwca 1992 roku. – Dla Eli cały świat się skończył. Jej świat to była estrada, garderoba, wywiady, telewizja. Gdy umarł Kruk, wszystko się zawaliło – przyznaje były perkusista 2 plus 1, Wacław Laskowski. – Dla niej on był wszystkim – potwierdza Barbara Sawicka. – To była jej jedyna miłość, jedyny człowiek w jej życiu. Gdy odszedł, zaczęła chorować.

Po śmierci Janusza Elżbieta wyprowadziła się z Warszawy. Zamieszkała we wsi Gładków, usunęła się w cień i zamknęła w sobie. Przyjaciele mówili, że nie może się ze stratą pogodzić – nawet po rozwodzie w głębi duszy miała wierzyć, że Janusz do niej jeszcze wróci.

Easy Come, Easy Go

Na scenę wróciła na krótko jesienią 1998r, reaktywując 2 plus 1 ze Szlązakiem i nowymi muzykami. Grupa pojawiła się między innymi na koncercie „Piknik Dwójki: Pożegnanie lata w Gnieźnie” – Była w świetnej formie, nawet jeśli nie czuła się na scenie po takiej przerwie zbyt pewnie – wspomina Maria Szabłowska. – Publiczność przyjęła ją owacyjnie, na granicy szaleństwa. Ela była tak zachwycona, że byliśmy pewni, iż ją odzyskaliśmy. Sukces kolejnych koncertów sprawił, że Elżbieta zaczęła myśleć o nagraniu nowej płyty ze Szlązakiem. Niestety, wkrótce potem znowu wycofała się ze sceny.

Następny raz zaśpiewała publicznie dopiero w 2002 roku w Łomży, gdy młodzież z tamtejszego domu kultury wykonała w hołdzie dla 2 plus 1 sztukę-hołd „Iść w stronę słońca”. Dmoch nie tylko przyjęła zaproszenie autorów i pojawiła się na premierze spektaklu, ale wykonała z nimi jedną piosenkę.

Gdzie leży prawda

W 2005 roku opinią publiczną wstrząsnął jeden z odcinków programu „Uwaga” w TVN. Cała Polska dowiedziała się wtedy, że dawna gwiazda żyje nawet nie na granicy ubóstwa, a w totalnej nędzy, w rozpadającej się wiejskiej chatce. Nie płaci rachunków, przez co wyłączono jej prąd, a nawet chodzi po śmietnikach. Nie była to jednak prawda, przynajmniej nie do końca – Dmoch nie żyła wcale w nędzy, choć jej sytuacja materialna nie była wcale dobra, choćby dlatego, że nigdy w życiu nie płaciła składek do ZUS ani nie przykładała wagi do należnych jej wykonawczych tantiem za utwory 2 plus 1…

Prawdą jednak było, że artystka miała coraz poważniejsze problemy zdrowotne, głównie natury psychicznej. – Elżbieta borykała się z chorobą psychiczną już od czasu śmierci Janusza Kruka – mówi osoba z otoczenia Dmoch, pragnąca zachować anonimowość. – Gdy się leczyła, wszystko było w porządku. Gdy je jednak odstawiała, zaczynały się kłopoty. I tak jest niestety do dziś.

Ocalę Cię

Odcinek „Uwagi” sprawił, że o Elżbiecie znów zrobiło się głośno, choć raczej nie w sposób, którego by sobie życzyła. By znaleźć spokój, przeprowadziła się do domu matki, na warszawskiej Saskiej Kępie. Pozytywnym aspektem emisji programu było to, że jej los poruszył fanów i wielu dawnych przyjaciół. Niektórzy postanowili jej pomóc. Najbardziej pomógł Jacek Skubikowski, dzięki któremu zaczęła w końcu otrzymywać tantiemy za dawne przeboje.

W 2008 roku zmarła matka artystki. Zrozpaczona gwiazda przeniosła się na chwilę z powrotem na wieś, ale szybko wróciła do warszawskiego domu na Saskiej Kępie. Cały czas leczyła się psychiatrycznie.

Dotyk zszarzałej bieli

Dziś Elżbieta Dmoch nadal żyje skromnie, na uboczu, na szczęście z dala od obiektywów paparazzi. Niekiedy odwiedza dawnych znajomych, utrzymuje też kontakt z rodziną. Nie udziela jednak żadnych wywiadów, gdyż, jak powiedziała trzy lata temu na zamkniętym zlocie fanów 2 plus 1, zakończyła działalność artystyczną i nie ma zamiaru do tego wracać. Można ją czasem spotkać spacerującą po ulicach Warszawy.

– Zdarza się, że ludzie ją rozpoznają, bo choć mocno się zmieniła, nadal ma w sobie coś z dawnej siebie – dodaje nam znajoma gwiazdy. – Wciąż ma świetną figurę, nosi te swoje długie piękne charakterystyczne włosy. Zazwyczaj ma na sobie białą bluzkę. Białą, choć z każdym dniem jakby coraz bardziej zszarzałą…

Widocznie taki już musi być dziś ten świat Elżbiety Dmoch, pomalowany na pewno nie jak w piosence, na żółto czy na niebiesko.

Autor: Paweł Piotrowicz
Źródło: Onet.pl

0

Dodaj komentarz

1