Header

Guns N’ Roses na Stadionie Śląskim: żyletki i róże

  • 9 lipca na Stadionie Śląskim w Chorzowie, w ramach trasy „Not in this Lifetime”, wystąpiła amerykańska grupa Guns N’ Roses. Był to czwarty koncert, jaki zagrała w Polsce, ale dopiero drugi w częściowo oryginalnym składzie
  • W zestawie przeszło 30 piosenek nie zabrakło największych przebojów zespołu, w tym „Welcome to the Jungle”, „You Could Be Mine”, „Sweet Child O’ Mine”, „Don’t Cry”, „November Rain” czy „Paradise City”
  • Zespół spędził na scenie ponad trzy i pół godziny, co jest prawdopodobnie rekordem, jeśli mowa o polskich koncertach wielkich zagranicznych gwiazd

Dwie godziny… Tak długo potrafił jeszcze kilka lat temu spóźnić się na scenę wokalista Guns N’ Roses Axl Rose, doprowadzając niemal wszystkich, którzy kupili bilet na koncert, na skraj załamania nerwowego. Tak było choćby kilka lat temu w Rybniku. Dziś to zupełnie inna bajka. W trakcie objeżdżającej nasz glob wzdłuż i wszerz trasy „Not in this Lifetime” – nazwa z lekkim autodystansem nawiązuje do wieloletniego zarzekania się muzyków, że w tym życiu na pewno już ze sobą nie zagrają – o żadnym spóźnieniu nie było mowy. „Gunsi”, poprzedzeni występami amerykańskich bluesrockowców z Tyler Bryant & The Shakedown oraz metalowych Duńczyków z Volbeat – zjawili się na scenie nawet kilka minut przed czasem, czyli o 19.56. Kto mógł jednak przypuszczać, że spędzą na niej aż… 212 minut?

Axl Rose, który przez wiele lat utrzymywał zespół przy życiu bez udziału pozostałych muzyków oryginalnego składu, ruszając na trasę „Not in this Lifetime” miał coś do udowodnienia. Sobie i innym. Nie każdy wierzył, że artysta, ponownie łącząc po latach siły z gitarzystą Slashem i basistą Duffem McKaganem, potrafił wskrzesić ducha zespołu z przełomu lat 80. i 90. Wielu podawało w wątpliwość to, czy w ogóle potrafi jeszcze na żywo śpiewać. Bo wcześniej różnie z tym bywało, o czym przekonaliśmy się 12 lat temu w Warszawie i sześć lat później w Rybniku. Innymi słowy, Axl nie zawsze panował nad swoim imponującym, rozciągającym się na ponad pięć oktaw głosem.

W Chorzowie usłyszeliśmy innego Axla, podobnie jak przed rokiem w Gdańsku na Stadionie Energa – Axla, który znowu czerpie radość ze śpiewania i potrafi przy tym „wyciągnąć” najtrudniejsze nawet partie. Axla mającego w głosie autentyczne „żyletki”, które pierwszy raz zaprezentował podczas czwartego utworu, niepodważalnego hitu „Welcome to the Jungle” – przy okazji zmienił słynne zawołanie z tekstu na „You’re in the Poland Baby!”. Ależ pięknie w pewnym momencie zawył, a po chwili radośnie pokazał wzięty od fanów spod sceny baner z napisem: „Welcome to Poland Baby!”. To był w ogóle jego wieczór – Rose nie tylko znakomicie śpiewał, ale też ruszał się jak za dawnych lat, chociaż siłą rzeczy już nie tak energicznie. Sam może nie należy do frontmanów, którzy lubują się w zagadywaniu publiczności – do Micka Jaggera mu pod tym względem daleko – ale dawał z siebie wszystko. Biegał po scenie, szalał, skandował, zachęcał do śpiewania i jak zawsze zmieniał swoje kapelusze. Najważniejsze, że niczego nie położył wokalnie.

Setlista chorzowskiego koncertu okazała się spełnieniem marzeń najbardziej nawet wymagającego fana zespołu – takie wyczerpujące w 150 procentach „the best of” plus niespodzianki. Składało się na nią ponad 30 utworów, w tym właściwie wszystkie hity z płyt „Appetite for Destruction” i obu części „Use Your Illusion”. Począwszy od rozpoczynających wieczór „It’s So Easy” i „Mr. Brownstone”, poprzez „Rocket Queen” i „You Could Be Mine”, na „Nightrain” i „Paradise City” kończąc. Nie zabrakło ballad, w tym długaśnej „Estranged”, niegranej przed rokiem w Gdańsku „Don’t Cry”, akustycznej „Patience” i oczywiście słynnych „Sweet Child O’ Mine” i „November Rain”, podczas której Axl akompaniował sobie na fortepianie. Aż cztery utwory pochodziły z kontrowersyjnej płyty „Chinese Democracy”, z którą Slash i Duff nie mieli przecież nic wspólnego i mogliby przecież się na nią wypiąć. Z drugiej strony w setliście znalazł się „Slither” z repertuaru ich dawnego zespołu Velvet Revolver. I całkiem fajnie zabrzmiał.

Coverów jak na Gunsów przystało było znacznie więcej. Wykonaniu „Live and Let Live” The Wings towarzyszył potężny huk strzelających z telebimów pistoletów, a wersja „Knockin’ on Heaven’s Door” Boba Dylana była równie rozbudowana, jak ta z koncertu poświęconego Freddiemu Mercury’emu na Wembley. To jeden z tych utworów, które rzeczywiście nabierają w nowej wersji dodatkowego blasku, niczego nie ujmując rzecz jasna skromnemu aranżacyjnie oryginałowi.

Axl całkiem stylowo poradził sobie też z niełatwym przecież „Black Hole Sun” Soundgarden, a Dizzy Reed zadbał tu o szczyptę klawiszowej magii, czy w trakcie bisów z „The Seeker” The Who i „Whole Lotta Rosie” – przy okazji usłyszeliśmy próbkę tego, jak Rose brzmi jako wokalista AC/DC. Wstydu nie było. Interesująco zabrzmiały też między innymi instrumentalna wersja „Wish You Were Here” Pink Floyd, z gitarowym pojedynkiem Slasha i drugiego gitarzysty Richarda Fortusa, jak i słynny temat Nino Roty z „Ojca chrzestnego”. Sam Slash wyglądał i grał dokładnie tak jak ćwierć wieku temu. Te same solówki – miękkie, melodyjne i do zanucenia – ten sam feeling w grze i charakterystyczny gitarowy zaśpiew. Plus identyczny cylinder, okulary, no i fryzura. Jakby zupełnie nic się nie zmieniło.

To nie był w pełni oryginalny skład zespołu, ale trzeba powiedzieć, że perkusista Frank Ferrer godnie zastąpił Stevena Adlera i Matta Soruma. Natomiast urocza niebieskowłosa Melissa Reese, obsługująca również instrumenty klawiszowe, wraz z McKaganem odpowiednio wspierała Axla w chórkach.

Oprawa koncertu była godna skali wydarzenia, ale też nie odwracała uwagi od muzyki. Trzy wielkie telebimy, dzięki którym wszystko było doskonale widać, odpowiednio szeroka scena, po której Axl mógł swobodnie biegać. Od czasu do czasu drobna fanaberia pirotechniczna. Nic, czego byśmy wcześniej nie widzieli czy nie słyszeli. Brzmienie było bez zarzutu, potężne i dość selektywne, chociaż tak wielka arena siłą rzeczy nigdy nie będzie się mogła równać z halą.

Odnowiony Stadion Śląski, który gościł rockowy koncert po raz pierwszy od wizyty U2 dziewięć lat temu, ma nieco inną energię niż choćby PGE Narodowy w Warszawie – a także większą płytę, chociaż mniejsze trybuny, których 16 górnych i dolnych sektorów zapełniło się niemal w całości. Natomiast na płycie, zwłaszcza z jej prawej strony, było jednak jeszcze trochę wolnego miejsca. Strasznie dużo nam się porobiło tych koncertów na przełomie czerwca i lipca, więc pewnie nie każdy był w stanie sobie na wszystkie czy nawet większość pozwolić.

Wieczór zakończył się pięcioma bisami, w tym bujającym akustycznym „Patience”, w trakcie którego Slash, Duff i Axl usiedli blisko siebie na schodach, jak dobrzy kumple, którymi kiedyś byli. A może znowu są? Finał nie mógł być inny niż żywiołowy „Paradise City”, zwieńczony deszczem confetti i buchającymi ogniami. Potem jeszcze krótkie podziękowania od zespołu i do domu. Radości z udziału w koncercie pewnie nie zmącił fanom ani brak alkoholowego piwa w sprzedaży, ani średnio zachęcający zestaw kulinarnych wspomagaczy, kojarzący się raczej z początkiem ubiegłej dekady niż standardami znanymi z dzisiejszych koncertów.

W ten sposób dobiegł końca czwarty koncert Guns N’Roses w Polsce. Swoją drogą, ciekawe, czy nadal niektórzy będą grzmieć, że przecież Axl kiedyś powiedział, iż dla Polaków i Żydów nie zagra. I nie ma znaczenia, że nigdy takie słowa z jego ust nie padły.

„Gunsi” spędzili na scenie 212 minut, był to więc prawdopodobnie najdłuższy koncert zagranicznej gwiazdy tego formatu w naszym kraju. Czy ktoś tu się nie chciał przypadkiem ścigać z reżyserskimi wersjami „Władcy pierścieni”?

Najważniejsze, że Guns N’Roses A.D. 2018 nie jest żadną wersją samego siebie – jest pod wieloma względami takim zespołem, na którego powrót czekaliśmy od dawna. Teraz wypadałoby potwierdzić to wszystko dobrą studyjną płytą. A najlepiej wybitną.

PAWEŁ PIOTROWICZ

0

Dodaj komentarz

1